Legendy Zen

Czego brakuje tej chwili?

Cisza Ciszę wyłania

Mistrz rzekł raz do ucznia – Czym jest cierpienie?
– Jest stanem w którym odczuwamy niemoc, niedolę, brak.
– Zgadza się mój drogi uczniu. Rzekł z uśmiechem mnich. – Skąd wywodzi się ów uczucie?
– Z fałszywego ja, ego z konceptualnej pułapki norm społecznych, zasad, praw.
– Mhmm – Mnich ponownie uśmiechnął się. – Zatem przeszkody pojawiają się na zewnątrz czy wewnątrz?
– Są odwzierciedleniem nas samych, jak wewnątrz tak i na zewnątrz, zasada lustra, prawda?
– Czym jest prawda? Odparł Mędrzec.
– Wskazówką
– Czy wskazówki mogą być przeszkodą?
– Hmm, myślę, że nie… Jeśli są właściwe.
– Czym jest zjawisko – właściwego?
– Hmm, zaczynam się gubić mistrzu.
– Kto zaczyna się gubić?
– To odczucie które staram się opisać.
– Po cóż Ci je opisywać?
– Nie rozumiem.
– Hmm, kto nie rozumie?
– Poddaje się.
– Kto się poddaje?
– Uczeń z przerażeniem spojrzał na mistrza i poczuł rozczarowanie w oparciu o jego słowa. Gdyż odczuwał, że dobrze mu idzie. I, że w zgodzie z prawdą, konstruuje odpowiedzi.
– Zadam Ci pytanie mój drogi chłopcze… – Czego brakuje tej chwili?
– Myślę… czuję, że mi obecnie zrozumienia, zakotwiczenia się w tych prawdach, pojęcie ich. Brakuje mi też wody, jesteśmy tu już na pewno ponad godzinę.
– Mhmm, teraz zadaj to samo pytanie mi proszę.
– Mistrzu, czego brakuje tej chwili?
– Mędrzec patrzył się na ucznia przenikliwym wzrokiem, i milczał.
– Próbujesz wymyślić coś? Odparł z lekkim śmiechem.
Mnich niczym skamieniały trwał w bezruchu, nawet jego powieki zdawały się nie mrugać.
– Odpowiesz coś?
– Odpowiedz następuje tu i teraz cały czas. Widzisz drogi chłopcze, rozumiesz intelektualnie, rozumiesz czym jest już ego, rozumiesz co raz więcej. Ale im więcej pojęć, i prób zrozumienia. Tym bardziej paradoksalnie oddalasz się od prawdy. To istotny etap. Nie neguje Twojego rozwoju. Lecz potrzebujesz być tu i teraz. Wskazówki Cię naprowadzają. Ale obejmujesz je umysłem który nigdy ich nie obejme. Badź z tym, nie próbuj bezustannie uchwycić tego w barwne piękne słowa. – Zatem czego brakuje tej chwili?
Uczeń nie wiele myśląć, odwrócił się od mnicha, usiadł na piaszczystej plaży i zaczął medytować. Gdy mistrz to ujrzał. Nie powiedział nic, dołączył do bezkresu Tu I Teraz.

A Tobie czego brakuje w tej chwili?

Wędrowny samuraj

Na granicy, z majestatyczną górą wulkaniczną Fudżi, ukazało się, wędrujące słońce.
Uwalniając swoje światło, na malownicze pustkowie.
Wędrowny samuraj otworzył oczy, przyszło przebudzenie się ze snu. Jego umysłu nie wypełniała żadna myśl.
Wojownik i cisza, paradoksalnie dwie skrajności, przebywające ze sobą w harmonii.
– Dziękuje, że czuję tętniące życie we mnie, że jest mi dane, aby zaznać piękna tego świata.
Dziękuje za głębokie rozumienie. Dziękuje za równowagę która czuję wewnątrz.
Wstał, zebrał swój ekwipunek do przepasanej torby. Na jego plecach widać było wspaniały legendarny samurajski miecz, katana, piękna, zdobiona złota rękojeść, przyciągała uwagę.
Gdy opuszczał miejsce, w którym wydarzył się sen. Wzrokiem objął majestatyczną wulkaniczną górę. Zupełnie jakby dziękował ” olbrzymowi ” za ochronę nocą.
Gdy przemierzał pustkowia, spotykał na swojej drodze różne osobowości. Każdemu z osobna kłaniając się, okazując tym samym szacunek. Najczęściej spotykał kupców, którym wskazywał najodpowiedniejszą dla nich drogę. Odkrywał przed nimi, nieznany im dotąd szlak.
– Dziękuje Ci wspaniały mędrcze, choć łudząco przypominasz mi samuraja. Czy może mnie już myli mój doświadczony 70-letni wzrok, hmmm?
– Mędrzec, samuraj, mnich, to piękne i zaszczytne słowa, lecz żadne z nich, nie określa mnie już. To tylko lub aż, zwroty, które przebrały się za tożsamości.
– No i jak tu Cię nie nazywać mędrcem Panie? Pozwól, że odwdzięcze się za dobrą radę, jedzeniem, przyda Ci się podczas wędrówki.
– Dziękuje, to bardzo miłe z Twojej strony, lecz jem tylko wtedy gdy odczuwam głód. Gdy odczuwam jego brak, jest to dla mnie sygnał,aby wybrać brak działania, w tym kierunku.
– Rozumiem, choć mówisz bardzo filozoficznie, natomiast nie zapominaj, że możesz wziąć na później.
– Nasycenie i przesyt to skrajności, równowaga drogi kupcu. Wdzięczność i pokora.
– Dobrze, zatem życzę Ci, byś odnalazł to czego szukasz.
– To czego szukam doświadczę, gdy prawdziwie zakończę wędrówkę w tej rzeczywistości. Bramę już znam. Dziękuję, bywaj zdrów handlarzu.
Odczuwał wdzięczność, związaną z tym, że przydarzyło mu się doświadczenie, w którym ponownie może się odbić i zakorzenić, w zgodzie z tym co odczuwa tu i teraz.
Słońce, było już w zenicie, ogrzewało pustkowia, samuraj łudząco przypominający mnicha, pomyślał…
– Dziękuję Ci, energio słoneczna, że odczuwam ciepło, pozdrów swojego odwiecznego kompana, księżyc, który w mroku, mi drogę oświetla i przypomina, o Twojej wspaniałości.
Gdy przemierzał pustkowia, w jego umyśle zaczęły się pojawiać myśli.
– Daleko jeszcze? Ciekawe, czy ktoś mnie wyzwię na pojedynek? W mieście, do którego zmierzam jest sporo chętnych. Jak doszło do mojej równowagi? Kiedy był początek? Czy nastąpi koniec? A może, by tak coś zjeść?
Nagle, na głos wypowiedział te oto słowa:
– Witajcie, moi goście, dziękuje za pojawienie się, natomiast możecie odejść, w spokoju i harmonii , dziękuję za wasze przybycie, podążajcie dalej, w zgodzie z waszą naturą.
Poczuł, wyśrodkowanie, równowage, jedność, spójność.
– Dziękuję, za energie tego doświadczenia. Dziękuję, że doświadczam zrozumienia energii i kierowania jej, do wewnątrz, w kierunku czakry serca.
Postanowił wejść, w głęboką medytacje, cupnął, pod niezawysokim drzewem, przyjmując pozycje kwiatu lotosu. Schodząc głębiej i głębiej przez warstwy osobowości. Poczuł zjednoczenie, uczucie niczym powrót do domu.
Wnet, w oddali, usłyszał zbliżający się tętent kopyt, powieki podniosły się, dostrzegł trzech uzbrojonych mężczyzn, którzy zsiadali z koni, opieszale kierując się w jego stronę.
– Wstawaj! Zaśmiał się herszt bandytów, wstawaj mieszańcu i czyń mieczem to, do czego został przeznaczony!
Wędrowiec wymownie rozejrzał się dookoła siebie, nie powiedział nic.
– Nie słyszałeś!? Co do Ciebie mówię?! Głuchy jesteś?!
Wstał i dał kilka kroków naprzód, podniósł głowę, zupełnie jakby chciał pokazać ” jesteśmy tacy sami „
– Twoje milczenie mnie denerwuje, i odbieram to jako obrazę! Stawaj do pojedynku, dobądź miecza!
– Nie, odparł ze spokojem w głosie, emanując życzliwością i opanowaniem.
– Że co?! Wiesz kim jestem głupcze? Jestem pierwszym mieczem, w Tokio! Mistrz miecza! Władam trzema szkołami, i mam stu uczniów, lojalnych mi, wstawaj! Pokaż, co potrafisz tym mieczem!
– Walka to złudzenie Panie, z całym szacunkiem, odpowiadam, nie.
– Ty synu dziewki! Tak… Poznaje Cię, to Twoja matka sprzedawała swoje ciało, aby Cię móc wykarmić, tym samym shańbiła Cię, masz szansę się teraz wykazać, i udowodnić, że nie jesteś shańbiony i upokorzony!
– Panie, upokarzasz teraz swój umysł i ciało tymi słowami. Jeśli to wszystko co masz mi do powiedzenia, pozwól, że odejdę. Dziękuje za spotkanie. Miło było was poznać panowie.
– Awanturnicy stali niczym osłupieni, nie dowierzali własnym uszom.
– Mistrzu miecza! On Cię obraża, pokaż mu, kto jest lepszy!
– Ty psie! Nie zasługujesz na tak wspaniały miecz! Marnuje się przy Tobie! Mi będzie lepiej służył!
Towarzysze mistrza, dodawali mu otuchy. – Tak Panie! Ty bardziej zasługujesz na ten miecz, odbierz mu g, wykrzykiwali awanturnicy.
– Nikt, ale to nikt, nie zasługuje na dar zabierania wolnej woli, odbierając wolność do życia, nawet najwspanialszym orężem.
– Posłuchaj głupcze, jestem powiernikiem miecza, który jest przekazywany, z pokolenia na pokolenie w mojej rodzinie. Przelał już wiele krwi takich durniów jak Ty! Stawaj do pojedynku! Na śmierć i życie!
– Nie możesz mnie uśmiercić, Mistrzu Miecza z Tokio, tu i teraz wybaczam Ci.
– Co?! Poczuł się nieswojo, jakby mierzył się psychicznie z tytanem, na którego żadne motywacje, obelgi, nie działały. Jakby odbijały się od niego, wraz z zimnym potem pojawiły się myśli.
– Jak on to robi? Zawsze osiągałem swój cel, nawet Ci najbardziej wstrzęmięźliwi, i ważący swoje słowa, stawali ze mną do boju. Obrażam, i nic, krzyczę, i nic. Wyzywam, i nic, a on wciąż niewzruszony i opanowany.
Czuł wszechogarniającą go bezsilność, przerażenie, którego nie zaznał nigdy wcześniej.
Upadł na kolana, bezradność wbijała go w ziemię, pomyślał…
– Co o mnie pomyślą w Tokio? Przecież Ci dwaj, na pewno komuś powiedzą. Stracę swoją reputację! Pracowałem na to wiele lat, i co teraz?! On nie przyjmuje postawy ofiary, wymyka się niczym wiatr próbowany złapać przez ludzkie dłonie. Ehh, wzdechnął zaciskając zęby.
– Panie! Zrób coś, zrób to czego nas uczyłeś! Nie możesz odpuścić, co z Twoją reputacją? Co z Twoim przeznaczeniem?
Wnet, do bezsilnie klęczącego, przerażonego człowieka, podszedł wędrowny samuraj, i rzekł tak:
– Wstań przyjacielu, powiedział łagodnym tonem głosu.
Wzrok zasłużonego obywatela Tokio, podniósł się, i ujrzał tajemniczy uśmiech na twarzy samuraja.
– Nie ma potrzeby, aby dalej walczyć, słuchaj ciała które dano Ci jako dar, czyż nie widzisz, że pierwszy raz odmawia Ci posłuszeństwa? Zwróć uwagę, że Twoja bezsilność bierzę się z lęku przed opiniami, zasadami, normami, przyzwoleniami, sukcesami, ambicjami za którymi stoją ludzie. Którzy oczekują, że będziesz wciąż zachowywał się, w określony sposób, i zacząłeś to traktować jako swoją tożsamość, zapominając, że Ty sam kreujesz swoje przeznaczenie, i swoją reputację, możesz przekuć niczym miecz, swoje przeznaczenie, możesz przekuć niczym zbroję. Wszystko jest zmienne, a jednocześnie stałe, to Twój wybór determinuje Twój los, jesteś stwórcą swoich kreacji, przypomnij sobie, pamiętasz?
– O wspaniały, dzielny samuraju, powiedział powstrzymując się od łez. – Zostań moim mistrzem, nauczaj mnie.
– Nie ma takiej potrzeby, odpowiedni mistrz już się pojawił, a wraz z jego energią, pojawią się uczniowie.
Tokijczyk znowu się pokłonił przed wędrowcem, a ten rzekł…
– He… Nie pokłaniaj się mi, pokłoń się samotnej matce, która straciła swojego męża lub potomostwo w bitwach, wyzwaniach, wojnach albo pojedynkach, a nadzieja wciąż w niej się pojawia.
Pokłoń się starcowi, który w obliczu przebojowości młodych pokoleń, postanawia dalej przekazywać swoje nauki, w obliczu ich naturalnego niezrozumienia, i dalej prawdę, którą nosi w sobie wygłasza…
Pokłoń się rzeczywistości, naturze, przyrodzie, która mimo zła jakie sobie wzajemnie wyrządzamy jako ludzie, dalej nas obdarza mocą słońca, i księżyca.
Pokłoń się swojemu ciału, gdyż odczuciami bezsilności, buntu, zbudowało pomost dla duszy, pokłoń się duszy przyjacielu, gdyż nadchodzi – Nieśmiertelny mistrz.

Alchemia – Przeistaczanie ” Metalu nieszchlachetnego ” w ” złoto ” = Przeistaczanie cierpienia w świadomość.

A Ty komu się dziś pokłonisz? Hołdowanym i lansowanym opiniom? Chorym ambicjom?
Czy subtelnym, szlachetnym wartościom?